Największa burza w polskiej szkole

Minął miesiąc od ogromnej burzy…

Minął już miesiąc od zakończenia największego w historii polskiej oświaty strajku. Opisywać przebiegu nie trzeba - w mediach i na ulicach aż kipiało od informacji, wygłaszanych opinii - mniej lub bardziej przemyślanych. Ponad 15 tysięcy polskich placówek oświatowych na ten czas zawiesiła działalność. Nauczyciele zdecydowali się nie pobierać pensji, polskie dzieci nie pobierały edukacji. Choć mam poczucie, że w narracji osób zainteresowanych strajkiem - rodziców, dziadków i innych opiekunów polskich uczniów przewijał się raczej wątek: ,,kto zapewni dziecku teraz opiekę, przecież my chodzimy do pracy”.

Zareaguj na moje dziecko, ale ja nie zareaguję na ciebie…

Mam poczucie, że szkoła została sprowadzona do pozycji miejsca, gdzie dzieci są zaopiekowane i mają tam spędzać czas wtedy, gdy dorośli zajmują się dorosłymi sprawami. Dużo się słyszy krytyki wobec polskich nauczycieli - ,,nie zareagował, nic z tym nie zrobił, nie zainteresował się”, oczekując reakcji na różne trudności dziecka, jednocześnie sprowadzając jego rolę do opiekuna, zapewniającego dzieciom czas.

Awantura o kasę czy klasę?

,,Taka kasa za dwadzieścia parę godzin pracy to naprawdę niezła pensja” - słyszałam wielokrotnie. I sprzeczne oczekiwanie, że lekcje będą ciekawe, prowadzone nowocześnie, z pomysłem, najlepiej interdyscyplinarnie, że będą dobrze przygotowane, testy zaprojektowane tak, by sprawdzały rzetelnie wiedzę - i to wszystko przecież łatwo zmieścić w dwudziestoparogodzinnym etacie gwarantowanym przez Kartę Nauczyciela. Nauczyciel winien być cierpliwy, spostrzegawczy, mieć zawsze swoje emocje na wodzy, czujnie obserwować 30 osób na raz, mieć w pamięci ich wszystkie słabości i mocne strony, angażować, wzmacniać, wspierać. Ale gdy nauczyciel mówi, że jest zmęczony wymaganiami i słabym wsparciem finansowym państwa - sprowadza się go do roli etatowej niani, dostępnej przez 10 miesięcy w roku za darmo.

Przykro było słyszeć w czasie strajku, że nie ma co zrobić z dziećmi. Mało było rozmów wokół mnie o tym, co zrobią dzieci, które się nie mogą uczyć. Których nauczyciele decydują się na tak poważny krok, bo wzrósł ich poziom frustracji do niebezpiecznej granicy.

Takie wakacje to jednak nie do końca wakacje…

Mam taki przywilej, że z racji zawodu rozmawiam z różnymi dziećmi - w rożnym wieku, z różnych środowisk i różnych szkół. W dzieciach na początku strajku była radość - nie ma zajęć, czas jest wolny, mogę robić co chcę. Z kolejnymi dniami wzrastał niepokój - co ze szkołą, co z nauką, jak to będzie, czy odbędą się egzaminy. Kto na te egzaminy przyjdzie, nie będzie naszych nauczycieli. Kiedy oni wrócą. Kiedy wróci ważny dla nas rytm, choć pozornie znienawidzony. Kiedy będziemy znów razem w klasie. W rodzicach najczęściej był stały żal, że mają kłopot ze zorganizowaniem opieki. Choć oczywiście nie we wszystkich i wielu moich przyjaciół nauczycieli wspierało i motywowało do walki o godność zawodu.

Czy zawsze na posterunku?

Tak łatwo jest oceniać i krytykować tych, od których tyle zależy i tyle się wymaga. Nigdy nie zapomnę wielu własnych nauczycieli. Wycieczek pod namiot w góry, rajdów pieszych, rozmów mniej lub bardziej burzliwych na tematy ważne dla nas, dzieci czy potem młodzieży. Nie chciałabym, by ktoś ich sprowadził do roli dziennego ,,pogotowia opiekuńczego”, które zawsze musi być na posterunku, bo przecież rodzic ma ważniejsze sprawy.

 

Autorka Natalia Perek http://www.piaskownica.eu/nasz-zespol/natalia-perek